Szukaj

Autorzy

Newsletter

Firma Godna Zaufania

duzy login FGZ 8.09.2016  

Bookto.pl

logo bookto na białym tle

Ceneo

logo ceneo mailing transparent

Wywiad z Małgorzatą Ciupińską

Wywiad z dnia 09.10.2015 roku z Panią Małgorzatą Ciupińską, autorką książki wydanej w formie e-booka przez Gonetę.net pt. „Pora deszczowa”.

Aneta Gonera: Witam, Pani Małgorzato. Dziękuję za chęć rozmowy ze mną. Ogromnie się cieszę tym wydarzeniem. Jak Pani trafiła do Gonety?

Małgorzata Ciupińska: Buszowałam w internecie. Goneta wydawała mi się przyjaznym wydawnictwem. Łatwo nawiązałam kontakt. Szybko przekonałam się, że wydawnictwo jest otwarte na różnorakie pomysły, za którymi niekoniecznie stoją wielkie nazwiska, a którymi tak bardzo lubią otaczać się wielcy i znani wydawcy.

A.G.: Lubi Pani e-booki? Czy woli Pani wersję papierową?

M.C.: E-booki to dla mnie nowość, z którą oswajam się powoli. Mocno przywiązana do wersji papierowych, do e-booków podchodzę bez szaleństwa, ale jednak wierzę, że nie są sezonową modą na rynku wydawniczym. Fakty, czyli kontakt z Gonetą, świadczą o tym, że jednak zawierzyłam e-bookom.  

A.G.: Książka „Pora deszczowa” podejmuje nękający wielu obecnie ludzi, nie tylko kobiety — jak w przypadku akurat „Pory deszczowej” — problem bezrobocia. Czy Pani bohaterka ma jakiś pierwowzór?

M.C.: Tak. W jakiejś części jestem nim ja sama.

A.G.: Pani bohaterka boryka się z wieloma sprawami, nie tylko bezrobociem. Dlaczego postawiła jej Pani jeszcze wyższą poprzeczkę, dodając tak bardzo nie eksponującego swoje uczucia męża, Janka?

M.C.: Bo wtedy, gdy dzieje się coś złego w rodzinie z jedną połówką, to opoką, punktem oparcia dla niej powinna być druga połówka. Przecież mówi o tym przysięga małżeńska. Przy czym to oparcie, to nie bezkrytyczna akceptacja wszystkiego, co robi ta pierwsza, ale przyjęcie takiej postawy, by pokazać, że mimo wszystko jest się razem na dobre i na złe. Można by wybaczyć to, że Janek nie umie takiego rodzaju uczucia okazać, ale trudno jest wybaczyć to, że Janek w którymś momencie wręcz odwraca się od Gabrysi. Myślę, że wrażliwość bohaterki tego nie wytrzymuje, o tym szerzej opowiada trzecia część sagi, zatytułowana „Hejty”.

A.G.: Czy myśli Pani, że Gabrysia w końcu wyszła na prostą? Że ścieżki jej już się nie pokręciły ponownie?

M.C.: W powieści zamieściłam taką życiową sentencję: w życiu nic nie jest pewne, ale za to wszystko jest możliwe. I teraz na Pani pytanie odpowiem w tym samym duchu.

A.G.: Jest jeszcze wątek wychowania dziecka. Marcysia jest rozumną nastolatką. Dzieci w jej wieku są świetnymi obserwatorami i wyciągającymi wnioski sędziami. Jakże trudno jest zachować swoje wartości, nie sprzeniewierzyć się sobie samemu, by dać przykład takiej latorośli. Wydaje się, że Gabrysi się udało, bo Janek jakoś w tym akcie wychowawczym mało zajmuje miejsca.

M.C.: Janek faktycznie stoi z boku, ale chyba większość ojców w kwestii wychowania ustępuje swym żonom, bo wychowanie to raczej domena matek, a szczególnie wychowanie córek. Przekazać cenne wartości to moralny filar o bardzo szerokim spektrum. Gabrysia chce się z tego zadania wywiązać należycie, oczywiście na ile sama potrafi, na ile pozwala jej na to posiadana wiedza. Tylko że potem bohaterka dochodzi do wniosku, iż wychowanie dziecka z krystalicznymi wartościami w dzisiejszym bezdusznym świecie to tak, jakby wyhodować istotę ludzką i równocześnie pozbawić ją systemu odpornościowego na infekcje, którymi charakteryzują się relacje międzyludzkie. Dlatego Gabrysia podjęła desperacką decyzję w kwestii wychowania córki, decyzję, o której znów mowa szerzej w częściach następnych „Pory deszczowej”: w „Ósmym piętrze” i w „Hejty”.

A.G.: Dała Pani przewrotny tytuł, raczej sugerujący daleką wyprawę w egzotyczne kraje. Gdy brałam do ręki tekst, miałam wrażenie, że tematyka jest zupełnie inna.

M.C.: No cóż, licentia poetica.

A.G.: Sama od czasu Pani książki używam określenia pory deszczowej z dodaniem nasilenia opadu, by określić natężenie złego czasu. Wierzy Pani w dobroć człowieka? Albo może w jego przeznaczenie, że wszystkie swoje działania — te przemyślane i nie — w efekcie doprowadzają do takiej a nie innej sytuacji w życiu?

M.C.: Wierzę w to, że człowiek może być dobry. A czy z tego korzysta…? Nie mam prawa do osądzania człowieka, bo od tego jest ktoś inny, jedyne co mogę, to… spijać konsekwencje człowieczych reakcji, czy mi się to podoba czy nie. Pyta Pani o wiarę w przeznaczenie. Odpowiem tak: moja wiara jest politeistyczna, bo wierzę zarówno w dobrą wolę człowieka, w jego zło, w szczęśliwą gwiazdę, w przypadek i w pecha.

A.G.: Czy Pani uosabia się bardziej z niespokojną i rozedrganą emocjonalnie Gabrysią, czy z jej leniwym uczuciowo mężem, Jankiem?

M.C.: Z Gabrysią, bo we mnie też jest mnóstwo emocji. Ale bardzo często Gabrysia mnie złości, bo różnimy się w wyborze reakcji.

A.G.: Czy jesteśmy w stanie sami rzeczywiście kuć swój los? Osobiście nie wierzę w to. Jest zbyt dużo czynników zewnętrznych i zobowiązań wobec najbliższych, by zachowywać się, jak bohaterowie amerykańskich filmów obyczajowych zawsze z happy endem. Życie nie jest proste. Chociaż nie powiem, lubię te dobre zakończenia. Dramaty mnie męczą, bo i tak mamy ich na co dzień zbyt wiele.

M.C.: Wiadomość o możliwości kucia własnego losu jest mocno przesadzona — jakby powiedział Mark Twain.

A.G.: Myśli Pani, że takich Gabryś jest wiele obecnie w Polsce? A może Gabrysia powinna wyemigrować za tak zwanym chlebem? W Pani historii nie przyszło jej to do głowy, ale fakt, w czasach, w których żyła Gabrysia, nie było to takie oczywiste.

M.C.: Gabrysia jest perfekcjonistką, cokolwiek to oznacza, więc za chlebem w obce kraje nie wyjechałaby, gdyż najpierw musiałaby się nauczyć języków obcych. A za co?

A.G.: „Pora deszczowa” to, o ile mi wiadomo, nie jedyna Pani książka?

M.C.: Nie. Jak już wspomniałam, napisałam dwie kolejne części „Pory deszczowej”. Powstała też humoreska, opowiadanie, czy raczej nowela z filozoficznym morałem, przesłaniem, a może przestrogą? Od wielu lat ani drgnie mniej więcej w połowie napisana książka, której akcja toczy się w Szkocji. Gdybym chciała ją dziś dokończyć, to na pewno zostaliby bohaterowie i Szkocja, natomiast pierwotny zamysł powieści musiałby ustąpić zupełnie nowemu. 

A.G.: Lubi Pani czytać?

M.C.: Przez moment zastanawiałam się nad tym, czy można nie lubić czytać, samemu pisząc, bo wydawało mi się to niemożliwe. Ale podobno można.

A.G.: Jaki jest Pani ulubiony gatunek?

M.C.: Och, na przestrzeni czasu to się bardzo zmieniało. Kiedyś na przykład uwielbiałam Lema, literaturę science fiction, dziś już niekoniecznie. Nie oznacza to, że już nie szanuję tego, co napisał Lem — po prostu dobrze, że go przeczytałam, gdy byłam młodsza. Obecnie rozczytuję się w biografiach, książkach podróżniczych, literaturoznawstwie. Córka próbuje zarazić mnie kryminałami — może się zainfekuję. Lubię też książki tematyczne, na przykład o filmie, o muzyce, o historii.

A.G.: Czy pisze Pani teraz coś nowego? Co, jeśli można prosić o uchylenie rąbka tajemnicy?

M.C.: Zaskoczę Panią. Teraz nie piszę nic. Teraz pracuje tylko moja głowa.

A.G.: Czy pisanie to Pani powołanie? Pani sposób na lepsze życie? Albo na życie w ogóle?

M.C.: Zaobserwowałam u siebie dwa bodźce, które pchnęły mnie do pisania. Pomijam samą umiejętność pisania, którą — nieskromnie powiem — posiadam, co wszakże nie oznacza, że to, co piszę, musi się wszystkim podobać. Pierwszy bodziec to chęć napisania czegoś dla mojej córki. Między innymi „Pora deszczowa” miała być takim przykładem. Proszę zwrócić uwagę, w jaki sposób zaczyna się ta powieść. Drugi bodziec, to chęć wyżalenia się, pogadania, sprawdzenia, czy mój literacki język jest komunikatywny. Natomiast o powołaniu możemy mówić dopiero wtedy, gdy jest odbiór tego, co się robi, a ja o tego typu odbiorze chyba jeszcze nie mogę mówić.

A.G.: Dziękuję bardzo za rozmowę i poświęcony mi czas.

Wywiad z Dariuszem Grabarą

Wywiad z panem Dariuszem Grabarą przeprowadzony w dniu 08.10.2015
Dariusz Grabara wydał w formie e-booka swoją książkę „Pogranicze zbrodni” w lipcu 2013 roku.
Redakcja: Witam, Panie Dariuszu i dziękuję za chęć rozmowy ze mną. Ogromnie się cieszę tym wydarzeniem. Jak Pan trafił do Gonety?
Dariusz Grabara: Przez znajomego internetowego „wujka”… Cóż, w rzeczywistości poszukując osób na tyle szeroko otwartych na nowe pomysły, którzy dojrzą coś więcej w mojej propozycji niż tylko kolejną „bajkę dla dorosłych”.
R.: Czy pisanie to Pana powołanie?
D.G.: W szerszym znaczeniu z pewnością tak.
R.: „Pogranicze zbrodni” to był Pana debiut literacki.
R.G.: Jeśli chodzi o powieść tak, jednak to nie pierwsza książka. Poprzednio „popełniłem” czystą i niezwykle humorystyczną s-f na skalę „galaktyczną”.
R.: Ooo, doprawdy? A można ją gdzieś znaleźć?
R.G.: Powstała ponad 17 lat temu w odpowiedzi na narastający rozdźwięk między „duchowością” człowieka a galopującym postępem technologicznym. Zresztą, rozwiązania w niej zawarte właśnie dziś powstają. Z czego jestem dumny, gdyż nie straciła na aktualności.
Można zapoznać się z fragmentami na stronie poświęconej Virnowi. Kto wie, może pewna miła Pani z Gonety zdecyduje się ją kiedyś wydać…
R.: Na pewno mogę się nad nią pochylić. Tematyka „Pogranicza zbrodni” nie była wówczas zbyt częsta. Teraz, po dwóch latach, tego typu tekstów coraz więcej trafia do redakcji. Skąd pomysł?
D.G.: Pomysł? To były wizje, cokolwiek to znaczy… Ale już nie żartując w książce takiego typu można było dać upust dla całej gamy podtekstów. Nie trzeba ograniczać się konwencją. Można odwoływać się do aktualnych wydarzeń politycznych, parodiować istniejące postaci i wydarzenia, które wykryje każdy uważny czytelnik… Tak, każda postać, wiele dialogów, wydarzenia zawierają odwołania do tego co można znaleźć w kulturze i mediach. Acz… rzecz jasna wymagają głębszego spojrzenia na tekst albo raczej jak w każdej łamigłówce, uważnego spojrzenia…
R.: Lubi Pan taki gatunek literacki? Lubi Pan czytać tego typu teksty?
D.G.: Interesowały mnie różne gatunki. Czy liczy się historia, czy gatunek? Odwieczny dylemat. Niewątpliwie fantasy daje ogromne pole do popisu dla kreatywnej wyobraźni. Choćby z tego powodu warto do takiego środka wyrazu sięgnąć.
R.: Czyta Pan dużo?
D.G.: Za dużo… choć z różnych dziedzin.
R.: Jaka jest Pana ulubiona książka, książki?
D.G.: Gusty i potrzeby czytelnicze zmieniają się w zależności od wielu czynników. Można z wypiekami na twarzy czytać „Traktat o dobrej robocie” Kotarbińskiego, ale kiedy indziej przychodzi potrzeba refleksji nad „Wojną światów” Wellsa.
R.: Dosyć szeroki wachlarz czytelniczy, chociaż dla niektórych filozofia to też fantastyka. Czy zdarzą się jeszcze jakieś przygody tajemniczego Virna? Przyznam się, że po skończeniu czytania Pana tekstu brakowało mi wyjaśnienia, kim naprawdę jest bohater „Pogranicza zbrodni”, jaką tajemnicę w sobie skrywa, o której Pan wspominał w tekście.
D.G.: Istnieje kilka opowiadań z uniwersum Virna, które prezentują odpowiedzi na ułamek pytań. Kontynuacja „Pogranicza…” zaczęła powstawać, jednak to dość trudna rzecz. Nie chodzi o to, by powstał kolejny kiepski melodramat z nic niewartym cliche. Tego nadto w życiu. Konstrukcja intryg i postaci miała być o tyle nowatorska, że zawierać miała połączenie wielu różnych przenikających się czasów. Na dodatek jeszcze łamigłówki i odpowiednie podsuwanie wskazówek czytelnikowi w czasie lektury. Nie można też zapomnieć o czytelnikach, którzy „chłoną” tekst. Są tak samo wymagający, jak ci, którzy lubią go rozpracowywać.
Świat Virna planowany był na kilka książek. Dlatego, że właśnie historia Virna jest dość zawiła. „Pogranicze…” miało wprowadzić w świat Virna.
R.: Skąd pomysł na zaklęcia złożone z wielu języków? Interesuje się Pan językami skandynawskimi?
D.G.: To bardzo intrygująca sprawa. Sagi norweskie są dość popularne. Na przykład opowiadają o reputacji. Z pewnością niosą też ogromny ładunek różnych wartości. Jednak proszę sobie wyobrazić, iż zaklęcia zawierają nawiązania do takich języków jak hawajski J. Co ciekawe każde z tych „zaklęć” ma lub raczej miało być ściśle umocowane w topografii Ziemi jaką znamy my. O tak, przygody Virna były ściśle wplecione w losy naszego globu. W końcu „Pogranicze zbrodni” zawiera odwołania na przykład do epigenetyki.
R.: Czy Virnowi uda się pomóc wszystkim potrzebującym i samemu przeżyć? To taki swoisty superman, choć mimo wszystko posiadający bardzo wiele ludzkich cech.
D.G.: Nie odnoszę wrażenia, że motywem działania Virna jest pomoc potrzebującym. Raczej można to skwitować słowami Virna, który odpowiadając na toast za dobrych ludzi, mówi „Bo przecież wszyscy nie mogą być źli”. W zależności od potrzeby można się posługiwać tak skalą od zera w górę, jak i od zera w dół. Virn na pewno nie zamierza grać narzuconej mu roli. W życiu też mamy wolną wolę. Jednak ostatecznie i tak koniec jest jeden. To przeznaczenie czy koniec odgrywanej roli? Virn musi sam rozwiązać tę zagadkę.
R.: Jak naprawdę nazywa się Virn?
D.G.: Naprawdę jak się nazywa? Sam szuka odpowiedzi na to pytanie. Odpowiedź leży dużo dalej, niż mu się wydaje. Jest dużo bardziej zaskakująca, niż pojawienie się w pewnym momencie mitycznej kreatury w „Pograniczu…”.
R.: Czy Dreks, Tia, Virn, Miruna mają jakichś odpowiedników w Pana życiu realnym?
D.G.: Konstruując psychikę postaci w takiej książce trudno nie oprzeć się na odpowiednikach z życia. Owszem, można opierać się na funkcjonujących stereotypach lub innych postaciach z literatury czy filmu. Jednak wtedy będzie to nie tyle wtórne, ale będzie czegoś brakować. Będzie brakować tego, co najważniejsze w ludziach — uczuć. Mechanistyczne kopiowanie wzorców na pewno ułatwia operowanie postaciami w książce. Można kopiować emocje, część stanów psychicznych, czy pewnego typu zachowania, ale moim zdaniem, uczucia to zdecydowanie coś więcej, to spójna synteza tych wszystkich stanów emocjonalnych. To jest tak jak konstruowanie duszy bohatera. Można uczyć się wielu rzeczy, ale coś w nas samych, co decyduje o tym jacy jesteśmy pozostaje niezmienne przez całe życie. Dlatego, jeśli się dobrze rozejrzeć, to można znaleźć odpowiedników bohaterów „Pogranicza zbrodni”. Nie mylmy tylko świata Virna z naszym. Wtedy mielibyśmy do czynienia z absurdem.
R.: Czy istnieje jakieś podanie, posiadające większą wartość dla Pana? Bajka, baśń, podanie?
D.G.: Szereg podań czy bajek niesie przesłania. Dla jednych będzie to „Hobbit” Tolkiena, dla innych „Nowy wspaniały świat” Huxleya. Co w dużej mierze je łączy to afirmacja życia. Moim zdaniem najważniejszą baśnią jest życie.
R.: Lubi Pan bardziej fantasy czy science fiction?
D.G.: Lubię ciekawe przesłania i łamigłówki. Zarówno w s-f i fantasy można takie odnaleźć.
R.: Szkoda, że z gruntu dobry Virn nie może ulokować swoich uczuć, że odtrąca rękę młodej kobiety. Każdy czytelnik dobrze życzy bohaterowi, ale koniec daje niedosyt, jak wspomniałam wcześniej. Czy istnieje szansa na dalsze losy tak niezwykłych bohaterów? Następna zaraza? Intryga? Potwór w innych Piekorogach, które niechcący trzeba ratować? A może ma Pan pomysł na inną książkę?
D.G.: Nie może ulokować uczuć… Chodzi o miłość? Historia Virna to w zasadzie poszukiwanie uczucia. Ale to tak, jak w życiu, by naprawdę w pełni przeżyć uczucie z drugą osobą, trzeba odnaleźć wewnętrzny spokój. Inaczej będziemy się miotać między niedokończonymi sprawami, a potrzebą oddania się bratniej duszy. Sam Virn musi wybrać. Musi się też przekonać, czy istotnie jest z gruntu dobry. Zresztą to już ocenia jeden z bohaterów, wskazując, iż „potwór siedzi w nim”. To jak podróż w życiu. Niewielu ludzi odchodzi spełnionych.
„Pogranicze zbrodni” było przymiarką. W kolejnej odsłonie także gościć miały „prawdziwe” potwory, jak wilgury, redogi czy mityczny grun. Intryga? Niejedna, jak afera pod Midgarą, pojawienie się Czerwonego Kwiecia, problematyczna interwencja Babiru w Nojengardzie, sprawa sukcesji w Rechii… I oczywiście również miasto. Tym razem jedyne takie w całym uniwersum Virna.
R.: Niezwykle interesujące. Zwłaszcza, że ma Pan nie tylko dobre pomysły, ale i dobre pióro. Lubię fantastykę, wszelkiego rodzaju podania i stąd może moja fascynacja „Pograniczem zbrodni”. Dlatego też może to moje oczekiwanie na bajkę dla dorosłych? Co prawda wspomniał Pan na początku naszej rozmowy, że to nie tylko kolejna bajka dla dorosłych, z czym się zgadzam, ale ciągle to najlepsze określenie na fantazjowanie o możliwościach ludzkich, nie tylko fizycznych, ale o tych ważniejszych — mentalnych. W końcu „Pogranicze zbrodni” to książka z gatunku fantasy, ale postaci są tu charakterystyczne, ludzie z krwi i kości, posiadający swoje słabe i mocne strony, takie bardzo ludzkie, psychologiczne. Szkoda by było, żeby pozostał Pan jedynie przy „Pograniczu zbrodni”.
D.G.: Dziękuję za zachętę. Kolejna bajka, jeśli nie napisze jej życie, być może powstanie. Jedną z najbardziej intrygujących sfer w życiu człowieka są uczucia. Ich eksploracja w dobie spieszącego się do niewiadomego końca świata doprowadziła do powstania pewnej fabuły. Targani emocjami ludzie w momencie, który zmienia nie tylko ich życie. Jeśli przestąpię pewien próg, kim się stanę? Pytania zwykłe, tylko odpowiedzi fascynujące. Większość z nas się z nimi zmierzyła lub zmierzy. Oczywiście jest też czarny humor i wątki kryminalne. Jednak wszystko bardzo ludzkie.
R.: Co Pan sądzi o elektronicznych książkach? Większość pytanych czytelników nadal woli wersje drukowane, mimo wysokich ich cen. E-booki są dostępne o każdej porze i praktycznie wszędzie można je czytać i ściągnąć z sieci.
D.G.: Posiadając czytnik elektroniczny nie sposób nie docenić jego niewątpliwych zalet. Na przykład świat nauki dziś to elektroniczne bazy danych. Nie ma nauki bez dostępu do nich, co jeszcze 15-20 lat temu było trudne do wyobrażenia. Myślę, że z czasem książki elektroniczne zastąpią wydania papierowe. Przy czym rozwój technologii pozwoli zatrzeć fizyczną różnicę między formami. Wtedy można się spodziewać przełomu w „odczuwaniu”.
Trzeba też zwrócić uwagę na prozaiczną, ale życiową rzecz, mianowicie utrata urządzenia zawierającego wszystkie „nasze” książki oznaczać może dużą stratę finansową. Natomiast utrata „jednej” książki papierowej to koszt nieporównywalnie mniejszy niż strata już samego czytnika dobrej jakości.
Ostatecznie jednak interesująca jest historia zawarta w książce. Inaczej to kolekcjonerstwo. Ale przecież może być równie pasjonujące.
R.: Z premedytacją zadaję takie pytanie czytelnikom i autorom. Przyznam się, że nie patrzyłam na to swoiste „strzyżono-golono”, jak w bajce u Krasickiego, w sposób utraty mienia. Muszę jednak skłonić głowę przed prawdziwością tego spostrzeżenia. Nadmienić tylko pragnę, że czasem drukowanej wersji w postaci utraconego egzemplarza można już nie odzyskać, a e-booka, owszem, tak. Poza tym, fakt, kolekcjonerstwo może być pasjonujące, ale trudno o tym mówić posiadając czytnik i bibliotekę z kilkunastu tysiącami woluminów zapisanych na zwojach elektronicznych zamkniętych w czymś wielkości ludzkiego paznokcia.
Czy pisarstwo to Pana sposób na życie?
D.G.: Istnieje jeszcze szereg innych ciekawych dziedzin, które warto eksplorować. W pisaniu interesuje mnie unikalność pewnych idei, a na właściwe ich przedstawienie nie zawsze starcza czasu, który trzeba godzić z życiowymi obowiązkami.
Wracając jeszcze na chwilę do sprawy e-booków, to może w tym tkwi siła papierowej książki – by zabrać ją ze sobą, trzeba wcześniej dokonać wyboru. To jest bardzo osobista sprawa. W pewien więc sposób wiążemy się z nią. Można pokusić się o przyrównanie jej do bardziej stałego związku. E-book z kolei to wolność tysięcy na tycim paznokciu, jak Pani wspomniała. Co jest piękniejsze? Moim zdaniem dobrze, że tą wolność mamy. Jesteśmy na tym świecie, dlaczego nie korzystać?
R.: Dziękuję bardzo za poświęcony mi czas i podzielenie się swoimi przemyśleniami. D.G.: Również dziękuję i zapraszam do lektury „Pogranicza zbrodni”.
 

Wywiad z Adrianem Widramem

 
Wywiad z Adrianem Widramem przeprowadzony w dniu 12.09.2014
 
Adrianem Widram jest autorem serii książek wydanych w formie e-booka przez Gonetę.net pt. „Kepusie”. 
 
Redakcja: Witam, Panie Adrianie. Dziękuję za chęć rozmowy ze mną. Ogromnie się cieszę tym wydarzeniem. Jak Pan trafił do Gonety?
 
Adrian Widram: Witam i również się cieszę. A do Gonety trafiłem przeszukując w internecie wydawnictwa wysłałem tekst do siedmiu wydawnictw, a Goneta.net jako pierwsza odpisała na mój e-mail i tak się zaczęła współpraca nasza. 
 
R.: Czy pisanie to Pana powołanie?
 
A.W.: Pisanie traktuję jako hobby. Kiedy miałem trzynaście lat takiej powieści fantastycznej o kosmosie bezskutecznie szukałem w księgarniach, dlatego powstała, trochę też dla spełnienia moich zainteresowań. Pierwszy rozdział powieści o Kepusiach napisałem pod koniec grudnia 2008 roku, ale potem wciągnęło mnie to tak bardzo, że dopisałem kolejne dwa tomy.
 
R.: „Kepusie” to Pana debiut literacki. Skąd taki tytuł? Dlaczego Pana bohaterowie zostali przez Pana tak nazwani?
 
A.W.: Słowo to wypowiedziało mi się w wieku siedmiu lat, kiedy mama spytała mnie, jak nazwę kotka, którego otrzymałem na urodziny. Potem już każdy mój kot był Kepusiem, aż w końcu zdecydowałem się napisać książkę w momencie, gdy opadła mnie myśl o skonstruowaniu takiej akcji, kiedy koniecznym jest opuszczenie danej planety z powodu katastrofy jej słońc. Wtedy pomyślałem o wszystkich dotychczasowych i wyimaginowanych kepusiach, wkładając im w łapki moc ożywienia i stwarzając im nieznany nikomu świat.
 
R.: Czy ma Pan jeszcze w zanadrzu jakieś powieści? A może poezję?
 
A.G.:Mam kilka tytułów na następne powieści np. „Unlina”, ale do napisania muszę mieć natchnienie. Wracając do „Kepusi”, to na jednej trylogii się nie skończy. Planuję co najmniej cztery. Myślę, że spędzę przy nich całe życie. A poezja? Cóż, nie jest w sferze moich zainteresowań.
 
R.: Lubi Pan gatunek literacki, jaki Pan pisze? Czy lubi Pan czytać tego typu teksty? Czy lubi Pan fantazjować, że to tak określę?
 
A.W.: Podczas pisania „Kepusi” spędzam w krainie fantazji dużo czasu. Jest to dla mnie oderwanie się od szarej otaczającej mnie rzeczywistości, a do tego od dziecka uwielbiam czytać baśnie i bajki, chociażby Andersena oraz wszelkiego rodzaju podania i klechdy, a potem przyszedł czas na nowy rodzaj literacki o nazwie fantastyka. Interesuje mnie też i wiele poświęcam swojej uwagi na zapoznanie się z literaturą faktu. Fascynuje mnie badania eksploracji kosmosu i jego nieprzeniknioność, tajemniczość, dającej możliwość rozwoju wyobrażeń o nim i o tym, co można tam spotkać — stwory czy inne żywe organizmy jeszcze przez nas nie odkryte. Takie swoiste tworzenie nieodkrytego pobudza mnie do tworzenia.
 
R.: Czyta Pan dużo?
 
A.W.: Średnio trzy e-booki na miesiąc.
 
R.: Jaka jest Pana ulubiona książka?
 
A.W.:Och… jest tego sporo, ale chyba najbardziej „Rozmyślania o życiu i śmierci u schyłku tysiąclecia” Carla Sagana, wspomniane już tutaj „Baśnie” Andersena, „Baśnie” braci Grimm. To one miały największy wpływ na pobudzenie mojej wyobraźni i ukształtowały pomysł na napisanie swojego tekstu, czyli „Kepusi”.
 
R.: Co jest głównym przesłaniem „Kepusi”? Przemiana, walka ze złem, ale w tym wszystkim jest przyjaźń, miłość, przywiązanie do tradycji.
 
A.W.: Głównym przesłaniem mojej powieści jest to, że zło może przybrać formę mechaniczną, tu są nimi inteligentne roboty, posiadające sztuczną świadomość, dzięki której potrafią zbuntować się przeciw konstruktorom i ich projektantom, by objąć władzę.
 
R.: U Pana kepusie to takie dobre postaci. Dlaczego?
 
A.W.:Koty są miłymi zwierzątkami, a kepusie są ich ewolucją, czyli uosabiają piękno i dobro. Przecież głaskając kotka po ich miłym futerku, człowiek się uspokaja,
 
R.: Czy Procjon według Pana to zbawca wszystkich kepusiów?
 
A.W.:Jako najstarszy szef klanu kepusiów jest mędrcem, więc z założenia powinny słuchać jego rad.
 
R.: Czy zaprojektowane przez Pana okładki oddają to coś najważniejszego do uchwycenia w Pana książce?
 
M.M.: Według mnie okładki mają zachęcić swoją kolorową estetyką do ich przeczytania. Zdaję sobie sprawę z trudności umieszczenia w jednym obrazie ujętych jest niejako tysiąc słów, ale to akurat może zaintrygować, by sięgnąć po tę sagę.  
 
R.: Czy istnieje jakieś podanie, posiadające jakąś większą wartość dla Pana?
 
A.W.: Dla mnie najważniejszą wartość ma „Kopciuszek” oraz „Piękna i Bestia”. Ich wartość moralna jest powszechnie znana, więc nie muszę chyba wspominać o ich szlachetności przesłania.
 
R.: Dziękuję Panu bardzo za poświęcony nam czas i za to wirtualne spotkanie.
 
A.W.: Ja również dziękuję i pozdrawiam Czytelników „Kepusi”.
 

Wywiad z Magdaleną Marków

WYWIAD Z PANIĄ MAGDALENĄ MARKÓW przeprowadzony w dniu 23.07.2014, autorką powieści fantastycznej pt. "Smocza krew"

Redakcja: Pani Magdo, dziękuję za chęć rozmowy ze mną.

Magdalena MARKÓW: A ja dziękuję za udzielenie mi takiej możliwości.

R.: Czy pisanie to Pani powołanie?

M.M.: Można tak powiedzieć. Piszę odkąd skończyłam trzynaście lat. Wtedy też powstał pierwszy zarys powieści pt: „Smocza Krew”.

R.: „Smocza krew” to Pani debiut literacki?

M.M.: Tak.

R.: Czy ma Pani jeszcze w zanadrzu jakieś powieści? A może poezję?

M.M.: Mam kilka pomysłów na następne powieści oraz parę opowiadań i stale napływają kolejne, więc na pewno nie skończy się na jednej książce.

R.: Lubi Pani gatunek literacki, jaki Pani uprawia? Czy lubi Pani czytać tego typu teksty? Czy lubi Pani fantazjować, że to tak określę? Jaszczury, gady, wielka moc — każdy marzy o posiadaniu takowej albo chociaż przyjaciela z takimi talentami.

M.M.: Jako pisarz spędzam w krainie fantazji całkiem sporo czasu. Jest to dla mnie czymś w rodzaju odpoczynku od szarej rzeczywistości. Od dziecka lubiłam czytać fantastykę, Śródziemne, Narnia i Hogwart były dla mnie jak drugi dom. Po dziś dzień marzy mi się emerytura w Rivendel lub w wymyślonym przeze mnie Sheardon gdzie mogłabym w spokoju dożyć swoich dni. A gady mnie fascynują, zwłaszcza węże i duże jaszczurki jak warany z Komodo. Zaś wielka moc? Gdyby mi ktoś taką podarował, zapewne bym nie odmówiła.

R.: Czyta Pani dużo?

M.M.: Staram się jak najwięcej. Książki i pisarstwo to moje jedyne nałogi, nigdy nie mam ich dość.

R.: Jaka jest Pani ulubiona książka?

M.M.: Mam dwie takowe, ale najważniejszą lekturą w moi życiu był „Wiedźmin” Andrzeja Sapkowskiego. Teksty tego autora stały się dla mnie inspiracją na drodze do publikacji własnej książki.

R.: Co jest głównym przesłaniem „Smoczej krwi”? Przemiana, walka ze złem, ale w tym wszystkim jest przyjaźń, miłość, przywiązanie do tradycji.

M.M.: Myślę że głównym przesłaniem mojej powieści jest to, że zło może przybrać różne formy. Czasem jego wcieleniem może być piękna intrygantka albo niewinne dziecko.

R.: U Pani elfy to wcale nie takie nadobne i eteryczne postaci, a wręcz przeciwnie. Dlaczego?

M.M.: Elfy od zawsze jawiły mi się jako zimne, bezduszne stwory. Wydawały się pozbawione emocji, wyrachowane i przekonane o swojej wyższości. Dlatego uczyniłam z tej rasy „nazistów” stworzonego przeze mnie świata, pogardzających pozostałymi rasami i nie wahających się uciekać w stosunku do nich do okrucieństwa.

R.: Czy Drasan według Pani to zbawca ludzkości? Jego walka z Dhalią bezsprzecznie wskazuje go na wybawiciela, ale czy na pewno jego nowa postać jest dobra?

M.M.: Drasan zostaje wyrwany ze świata który uważał za normalny i zmuszony do walki o przetrwanie. Kiedy dowiaduje się kim jest i jakie jest jego przeznaczenie, już wie że nie ma wyboru, musi stawić mu czoła. W każdym z nas jest coś z bohatera i w niektórych przypadkach zwykły człowiek może zostać herosem. Poza tym jest wiele rodzajów „męstwa” którym można się wykazać nawet na co dzień. Czy jest zbawcą ludzkości nie wiem, ale na pewno uczyniłam z niego bohatera i męczennika, wszak stracił wszystko: dom, rodzinę nawet prawo do decydowania o własnym losie. Jednak mimo swoich oczywistych wad jest to postać zdecydowanie pozytywna, zarówno w ludzkiej jak i gadziej formie zachowuje się w miarę przyzwoicie.

R.: Co z Yarredem ? Czy pozostaną z Drasanem przyjaciółmi, zwłaszcza w chwili, gdy Yarred stał się głową rodziny?

M.M.: Okoliczności w jakich Yarred opuścił ciężarną Marę tylko jemu wydają się uzasadnione. Jako sierota, Drasan jest innego zdania. Wszak stracił zarówno matkę, jak i ojca, a niedawno również ukochaną opiekunkę. Według niego ojciec powinien na pierwszym miejscu stawiać rodzinę, a nie obowiązki wobec przyjaciół. Dlatego też w następnym tomie ich przyjaźń przejdzie pewne turbulencje, a jakie niech to na razie pozostanie tajemnicą.

R.: Czy podoba się Pani okładka? Myśli Pani, że oddaje to coś najważniejszego do uchwycenia w Pani książce?

M.M.:Według mnie okładka ma klimat tajemnicy, co świetnie nawiązuje do motywu przewodniego powieści.

R.: Lubi Pani podania i legendy?

M.M.: Podczas pisania sporo czerpię z mitologii greckiej, celtyckiej oraz legend Arturiańskich. Lubię tego typu teksty, ponieważ zawierają w sobie zarówno cząstkę prawdy jak i magię, mistycyzm oraz niekiedy wskazówki, co jest ważne w życiu. Poza tym, czym byłoby fantasy bez opowieści o „Królu Arturze i rycerzach okrągłego stołu”. Czy jest ktoś z nas, kto nie marzył o swoim „rycerzu w lśniącej zbroi” lub o znalezieniu „księżniczki” którą wybawi z opresji dnia codziennego.

R.: Czy istnieje jakieś podanie, posiadające jakąś większą wartość dla Pani?

M.M.: Myślę że najważniejszą rolę w moim życiu należy przypisać „Legendzie o Świętym Graalu”. Poszukiwania Graala przez rycerzy okrągłego stołu było dla mnie inspiracją w czasie tworzenia wielu wątków w powieści i w podtrzymywaniu nadziei na znalezienie mojego własnego „Grala”

R.: „Smocza krew” kreuje dość mocno Pani wyobrażenia o mitycznych stworach, ale w sposób inny niż nam dotychczas znany. Nie wszystkie te stwory dotychczas dobre w naszym mniemaniu, okazują się szlachetne i odwrotnie, wszelkie gady kojarzą się nam z czymś brzydkim. Tymczasem Drasan jawi się kimś powiedzmy przyzwoitym, nawet jako gad kierujący się instynktem. Nawet pełnokrwisty smok Gaenor, gdy wyzwoli się spod władania mentalnego pięknej i okrutnej Dhalii, objawia ludzkie odruchy. Ciekawe rozwiązanie.

M.M.: Nie rozumiem „szufladkowania” osób, nawyków, a nawet całych społeczności. W „Smoczej Krwi” chodzi właśnie o podkreślenie, że nie wszystko co piękne z zewnątrz jest dobre: tak więc zarówno czarownice, elfy jak i uznawane za najpiękniejsze ze wszystkich istot jednorożce, okazują się złe, a nawet okrutne. Natomiast smoki, które w większości opowieści są opisywane jako bezduszne, zimnokrwiste potwory u mnie są dobre, honorowe i pełne współczucia.

Gaenor ma bardzo trudny charakter. Tworząc jego postać, nie skupiałam się jednak głównie na negatywach, starałam się dodać też kilka pozytywnych cech, jak na przykład: współczucie.

R.: Czy pojawi się dalszy ciąg historii pół smoka Drasana i jego współtowarzyszy?

M.M.: Mogę zdradzić, iż pojawi się na pewno, dalszy ciąg opowieści jest już napisany i spoczywa bezpiecznie „w szufladzie”. Myślę że moi Czytelnicy chętnie się dowiedzą, czy księciu i jego towarzyszom udało się odnaleźć słynnego zabójcę.

R.: Dziękuję Pani bardzo za poświęcony nam czas i za to wirtualne spotkanie.

M.M.: Ja również dziękuję.

Wywiad z Magdaleną Kułagą

WYWIAD Z PANIĄ MAGDALENĄ KUŁAGĄ przeprowadzony w dniu 24.07.2014, autorką powieści fantastycznej "Uzdrowiciel. Cienie przeszłości"

Redakcja: Pani Magdo, dziękuję za chęć rozmowy ze mną.

Magdalena Kułaga: Ja również bardzo dziękuję za rozmowę.

R.: Czy pisanie do Pani powołanie?

M.K.: Myślę, że tak. Czasem żartuję, że jest mi do życia niemal równie potrzebne jak powietrze.

R.: „Uzdrowiciel. Cienie przeszłości” to Pani debiut literacki?

M.K.: Tak.  

R.: Czy ma Pani jeszcze w zanadrzu jakieś powieści? A może poezję?

M.K.: Owszem. Napisałam jeszcze jedną powieść pt. „Nie zostawiaj mnie”, której fragmenty umieściłam na portalach literackich, m.in. na Allarte. Oprócz tego napisałam już kilkanaście opowiadań i pracuję nad nową powieścią.

R.: A może Pani uchylić rąbka tajemnicy, o czym jest nowa powieść?

M.K.: To skomplikowana historia dwóch przyjaciół, którzy niespodziewanie zostają wplątani w losy pewnego alternatywnego świata. Jest w tym magia, niezwykła królewska pieczęć i elementy naszego świata. To wszystko co mogę przekazać.

R.: Lubi Pani gatunek literacki, jaki Pani uprawia? Czy lubi Pani czytać tego typu teksty? Coś z pogranicza fantastyki i obyczaju. Czy może jednak coś mniej fantastycznego?

M.K.: Ten gatunek lubię szczególnie, jednak nie ukrywam że czytam także książki i innych gatunków.  

R.: Czyta Pani dużo?

M.K.: Gdy tylko czas na to pozwala. Mniej niż bym chciała ale tak.

R.: Jaka jest Pani ulubiona książka?

M.K.: To trudne pytanie. Mam ich kilka. Wszystkie są mi bliskie. Na pewno „Szczęście w mrokach” Lynn Flewelling, „Baśniarz” Antonia Michaelis czy „Elantris” Brandona Sandersona. Do nich wracam najczęściej. A to tylko część tego, co lubię czytać.

R.: Co Panią najbardziej fascynuje, gdy tworzy Pani daną postać? W „Uzdrowicielu” jest ich wiele i każda ma inne cechy. Skąd Pani czerpie pomysły na swoje postaci?

M.K.: Zabrzmi to może odrobinę niepokojąco, ale pomysły czerpię po prostu: obserwując ludzi. Czasem „podkradam” ich ulubione słowa czy gesty, by moje postacie stały się bardziej żywe. Nigdy jednak nie kopiuję kogoś w stu procentach. To raczej coś w rodzaju puzzli wszechświata. Składam postać z wielu fragmentów. Fascynują mnie możliwości z tym związane i myślę, że wielu piszących tak ma. W całej budującej się historii mogę wcielić się w kochanka, mordercę, uzdrowiciela, kurtyzanę, szaleńca, złodzieja czy królową. To najwspanialsze doznanie.

R.: Życie w czasie zarazy to jak klęska i walka o przetrwanie. Walka o życie może wyłuskać z każdego dobra pokłady niespotykanego i nieoczekiwanego przez samo dobro zła. Ciekawe, że najwięcej dobra włożyła Pani w mieszkańców Domu Uciech. Czy to, że oni już otarli się o to zło skłoniło Panią do takiej decyzji?

M.K.: Dokładnie tak. Niektórzy z nich przeszli już w swoim życiu przez piekło. Chciałam pokazać, że taka droga nie zawsze prowadzi w stronę niegodziwości. Czasem człowiek ma w sobie więcej siły, niż mógłby podejrzewać. Jak bohaterscy ludzie z czasów wojen.

R.: Czy Wiwan jako Uzdrowiciel ma jakiś pierwowzór, czy to czysto fikcyjna postać?

M.K.: Jako uzdrowiciel – nie ma takiego pierwowzoru. Jako człowiek — tak. Ale to tajemnica.

R.: Zabieg połączenia mentalnego bliźniaków jest niesamowity. Komplikuje nieco życie takiej parze, nie dając szansy na izolację uczuciową. Robi to wrażenie i budzi współczucie. Świetnie też podnosi napięcie w Pani powieści. Czy spotkała się Pani kiedykolwiek z jakąś namiastką takiej więzi u ludzi?

M.K.: Słyszałam wiele opowieści o bliźniętach. Ich więź jest niezwykła.

R.: Bardzo podobała się Pani okładka do „Uzdrowiciela. Cienie przeszłości”. Czy uważa Pani, że oddaje kwintesencję opowiedzianej historii?

M.K.: Oddaje naturę tytułowego bohatera. Jestem pewna.

R.: Chciałaby Pani, żeby pojawił się taki tajemniczy Uzdrowiciel wśród nas?

M.K.: Bardzo. Zbyt wiele jest wokół cierpienia, na które wciąż nie ma lekarstwa.

R.: Czy będzie dalszy ciąg historii Oliwiera, Wiwana i jego przyjaciół? Sama jestem jej ciekawa.

M.K.: Powstała już druga część. Jestem jednak wciąż ciekawa, jak tę historię przyjmą Czytelnicy. Dlatego do tej pory o tym nie wspomniałam.

R.: Dziękuję Pani bardzo za poświęcony nam czas i za to wirtualne spotkanie.

M.K.: Dziękuję również i pozdrawiam moich Czytelników.

 

dostępne recenzje: 
 
Wydawnictwo internetowe Goneta.net
Copyright 2012. Wszelkie prawa zastrzeżone